Tegoroczny absolwent studiów licencjackich na kulturoznawstwie Jan Królewski, Wypowiedź na temat myśli Marka Aureliusza

Ludzi od niepamiętnych czasów fascynowała sfera wykroczenia „poza” świat i „poza” samego człowieka. Owa fascynacja wydaje się wspólną, wręcz fundamentalną cechą naszego gatunku, niezmiennie przejawiając się na scenie historii, niezależnie od wszelkich historycznych komplikacji. Wzrok absolutnie każdej kultury, każdej społeczności kierował się w stronę rzeczy nadzwyczajnych, nadludzkich, w stronę świata bóstw, demonów oraz nadludzkich herosów, którzy wykraczali ponad granice człowieczeństwa. Miało to miejsce zarówno w kulturach prymitywnych, plemiennych, jak i globalnej wiosce XXI wieku, w społecznościach wyznających religie transcendentne i kosmocentryczne, w epokach pobożnej duchowości oraz tych ukierunkowanych na skrajny materializm lub ateizm. Różne bywały także same przejawy owej fascynacji – od wykształconych postaw życia (judaizm, buddyzm, chrześcijaństwo), po sferę mitów (eposy, legendy, propaganda, super-bohaterowie). Wszystkie opierały się jednak na pozornie prostym rozróżnieniu „ludzkie – nie-ludzkie”, implikującym niekiedy kolejne rozróżnienie: „dobre – złe”, „brzydkie – piękne”, „zwykłe – nie-zwykłe”. Opieranie swego postrzegania wyłącznie na tego rodzaju dychotomiach bywa jednak nader kłopotliwe, prowadząc do licznych komplikacji. Postaram się wskazać na to, dokonując zarazem interpretacji jednego z pouczeń Marka Aureliusza, brzmiącego: „bacz byś nie postępował wobec ludzi nie mających uczuć ludzkich, jak ludzie nie mający uczuć ludzkich wobec ludzi”.
Już w pierwszej chwili zarysowuje się podstawowa wątpliwość, dotycząca tej myśli. Co dokładnie miałby bowiem oznaczać zwrot „uczucie ludzkie”? To wyrażenie, pomimo pozornej prostoty, implikuje cały szereg nader problematycznych komplikacji. Kto miałby określić granice tego pojęcia? Co znajduje się w jego obrębie? Skoro mówimy o „uczuciach ludzkich”, rozważania powinny dotyczyć jakiegoś stałego zbioru „uczuć”, które stanowią nierozerwalną część człowieka na podobieństwo stałych cech (wyróżników) osoby ludzkiej – takich jak: religijność, rozumność czy społeczność. A jednak w dalszej części tego zdania znajduje się rozróżnienie między ludźmi posiadającymi „uczucia ludzkie” i ludźmi, którzy ich nie posiadają. Mamy zatem do czynienia zatem nie tyleż ze stałą cechą ludzką, lecz z pewną wizją szczególnych „uczuć ludzkich” (z wartościowaniem), które mogą stanowić wyróżnik autentycznego człowieczeństwa (bycia pełniejszego, lepszego).
W myśli Marka Aureliusza wyraźne podkreślone jest znacznie „działania”. To w działaniu („postępowaniu”) miałyby zdradzać się „ludzkie uczucia” i to przez obserwację działania bylibyśmy w stanie (najpewniej) odróżnić osobę je posiadającą (dobrą, lepszą?) od tej, która ich nie posiada (złą, gorszą?). „Ludzkie uczucia” powinny się zatem przejawiać w sferze społecznej i stanowić rodzaj standardu nakreślającego właściwy kierunek ludzkiego postępowania. To nie ułatwia oczywiście dokładnego określenia znaczenia tego pojęcia, a problemy się tylko mnożą. Należy wszak jasno wskazać, że użycie niejasnego, a wręcz płynnego pojęcia „uczucia ludzkie” wydaje się być co najmniej lekkim nadużyciem, jeżeli próbowalibyśmy je uznać za pryzmat, umożliwiający moralną ocenę ludzkiego działania. Czym jednak dokładnie mogłyby być „uczucia ludzkie”? Jak możemy rozumieć aureliuszowskie pouczenie, nie wkraczając zanadto w skomplikowane labirynty teorii?
Aby to wszystko uporządkować, należałoby nieco przystanąć i przywołać definicję „uczucia” jako takiego. W Słowniku Języka Polskiego możemy przeczytać, że jest to: „stan psychiczny, którego istotę stanowi ustosunkowanie wewnętrzne do aktualnie działających bodźców”. Niezwykle istotnego ujęcia dostarcza również Tadeusz Ślipko, który wskazywał, że „uczucia stanowią bardzo obszerną dyscyplinę wewnętrznych przeżyć człowieka”, a „bogactwo ich form i przejawów sprawia też, że każdy język dysponuje wieloma środkami na ich określenie”. Tadeusz Ślipko dokonał również niezwykle istotnego rozróżnienia uczuć, które możemy odnaleźć w „Zarysie Etyki Ogólnej”. W przypadku osoby ludzkiej możemy mówić o trzech podstawowych rodzajach uczuć, mianowicie: uczuciach wyższych (zachwyt, podziw, uczucia estetyczne), uczuciach cielesnych (głód, pragnienie) oraz uczuciach zmysłowych, w którego ramach miałyby się znajdować dążenia pożądliwe (pragnienie, obawa, radość, smutek) oraz popędliwe (otucha, zwątpienie, odwaga, strach, gniew). O ile jednak w publikacjach dotyczących nauki o moralności uczucia pojawiają się w kontekście przeszkód, które mogą ograniczać dobrowolność aktów ludzkich, o tyle Marek Aureliusz zdaje się przypisywać szczególną rangę pewnej grupie „uczuć”, usprawniających niejako do czynienia „dobra”. Wskazywałoby to, że „uczucie ludzkie” nie jest tym samym, co „uczucie”, a czymś o zupełnie innym (znamienitszym?) charakterze, łącząc się z zagadnieniem „wyboru” – z podążaniem pewną drogą życiową.
Nim jednak przybliżę możliwe rozwiązanie tego poetyckiego (metaforycznego) nakazu, chciałbym przedtem krótko rozpatrzeć problem psychopatii. Doskonale rozumiem, że temat ten może się początkowo wydać dziwnym, nieco nieoczekiwanym (niepotrzebnym?) dodatkiem. Przywołują go jednak, ponieważ jestem głęboko przekonany, że omówienie tego zjawiska pomoże jeszcze wyraźniej nakreślić różnicę między „uczuciami” a „uczuciami ludzkimi”. To działalność psychopatów stanowi bowiem perfekcyjny przykład aspołecznych modeli zachowań, które uznane są w świadomości powszechnej za „nie-ludzkie” tudzież pozbawione wrażliwości ludzkiej (ludzkich uczuć?).
Niezwykle interesujących materiałów w tej kwestii dostarczył prof. Robert D. Hare, pionier w badaniach nad psychopatią oraz autor jednej z najpowszechniej stosowanej metody oceny tego zaburzenia, mianowicie „Skali obserwacyjnej skłonności psychopatycznych”. W swojej książce pisał: „cechą charakterystyczną psychopatów jest brak sumienia, a zajęciem – zaspokajanie własnych pragnień cudzym kosztem. Wszyscy biorą znacznie więcej, niż dają. […] wszystkie ich właściwości składając się na obraz osoby egocentrycznej, bezwzględnej osoby, pozbawionej empatii i zdolności tworzenia ciepłych, emocjonalnych związków – osoby, która działa nieskrępowana głosem sumienia.” W „Skali obserwacyjnej skłonności psychopatycznych” wyznacznik psychopatii stanowią takie postawy jak: brak wyrzutów sumienia lub poczucia winy, brak empatii oraz płytkość uczuć. Owa płytkość uczuć byłaby „swoistym ubóstwem emocjonalnym, które ogranicza zakres i głębię doznań uczuciowych”. Robert D. Hare pisał: „zdaniem wielu klinicystów, uczucia psychopatów są tak płytkie, że niemal nie wykraczają poza emocje pierwotne, to znaczy prymitywne reakcje na najbardziej naglące potrzeby”. O ile jednak psychopaci z pewnością mogliby zatem zostać określeni jako „pozbawieni ludzkich uczuć”, o tyle stanowią oni bardzo mały procent ludzi (2/3%) i większość cierpienia, zła, wszelkich niekorzystnych działań wobec drugiego człowieka nie jest owocem działalności wyłącznie psychopatów, ale znacznie szerszego grona ludzi. Mając to na uwadze wydaje się pewnym, że „ludzkie uczucia” nie są „uczuciami” w potocznym tego słowa rozumieniu. W przeciwnym myśl Aureliusza dotyczyłaby nie-psychopatycznego traktowania psychopatów (oraz osób z wysokimi zaburzeniami antyspołecznymi), co wydaje się jej wręcz zabawnym uszczupleniem.
Istnieje kilka możliwych sposobów odczytania aureliuszowskiego pouczenia. Pierwszy wywodzi się z uznania, że pojęcie „uczuć ludzkich” odnosi się do osoby godnie pielęgnującej status „człowieczeństwa” (bycia ludzkiego), a dokładniej osoby kierującej się platońskimi cnotami, czyli mądrością, męstwem, umiarkowaniem i sprawiedliwością. W sposób oczywisty rozwiązanie to byłoby pełniejsze, niźli prostolinijne utożsamienie „uczuć ludzkich” ze słownikową definicją „uczucia”. Należy jednak pamiętać, że utożsamianie „cnoty” i „uczucia” (rozumianego nawet jako „uczucia ludzkiego”) jest teoretycznie błędne. O ile w obu przypadkach mówimy o czynnikach wewnętrznych, o tyle cnoty są „jakościami władz duszy”, podczas gdy uczucia należą do sfery przeżyć człowieka tudzież władz pożądawczych człowieka, które dopiero są usprawnianie przez cnoty etyczne. To bowiem te cnoty uzdalniają człowieka do właściwego odnoszenia się wobec wszelkich kumulujących się w nim sił namiętności. W takiej perspektywie myśl Marka Aureliusza brzmiałaby: „bacz abyś nie postępował wobec osób nie kierujących się cnotami, jak te osoby postępują wobec innych ludzi”.
Jest jeszcze jedna (z pewnością nie ostatnia) możliwa interpretacja pouczenia Marka Aureliusza, a związana jest z największą zdobyczą myśli chrześcijańskiej, mianowicie z miłością. To miłość chrześcijańska, miłość pełna i nie zredukowana do stosunku płciowego tudzież zjawisk chemiczno-biologicznych – wydaje się być kluczem do zrozumienia „ludzkich uczuć”. Jako pełna, bezinteresowna oraz dobrowolna, nieodłącznie przejawiać się winna w działaniu i postępowaniu wobec innych ludzi, stanowiąc swoistą drogę wypełniania swego człowieczeństwa. W tej perspektywie człowiek znajduje swoje spełnienie w miłości, będącej jednak czymś więcej, niż możliwością, bowiem celem oraz sensem jego egzystencji. Myśl Marka Aureliusza można by zatem sparafrazować w sposób następujący: „bacz byś postępował z miłością nawet wobec tych, którzy tą miłość odrzucili”. To potężne przesłanie nie jest proste do zrealizowania. Nakłada na człowieka wielki ciężar, rodzaj misji, osobisty krzyż. Jednak właśnie z tego powodu, z racji nadzwyczajnych wymagań poznawania oraz oddawania siebie – jest tak cenna. To lekcja pokory o niezwykłej aktualności w hedonistycznym i egocentrycznym świecie XXI wieku. Lekcja, która jest w stanie zdynamizować człowieka do rozwoju, rozumianego jako wypełnianie swego człowieczeństwa poprzez poszukiwanie odpowiedzi na podstawowe pytania – na tajemnicę własnej egzystencji. W świetle takiej interpretacji, muszę się zgodzić z myślą Marka Aureliusza.
Należałoby oczywiście jeszcze raz podkreślić, że chrześcijańska interpretacja myśli rzymskiego cesarza-filozofa nie jest jedynym, „ostatecznym” sposobem jej odczytania i może znaleźć wielu swoich krytyków. Jaki mógłby być zarzuty wobec tejże koncepcji i jak można się wobec nich ustosunkować? Pełna odpowiedzi oraz wyróżnienie wszystkich wątków wymagałoby oczywiście szerszego omówienia. W odpowiedzi pragnąłbym jednak zwrócić uwagę na dwie, bardzo istotne kwestie, mianowicie na problem wyboru między sobą a drugim, a także na problem odwetu.
Rozpocznę od kwestii wyboru. O ile bowiem chrześcijaństwo nie wymaga całkowitego wymazania siebie (do którego dąży buddyzm), o tyle przyświeca mu idea oddania (powierzenia) siebie dla drugiej osoby – uczynienia daru z samego siebie. Ten wybór drugiego ponad siebie, realizujący się poprzez działanie na jego dobro – stoi w opozycji wobec podejścia ukierunkowanego wyłącznie na własną korzyść i własną przyjemność. Dlaczego jednak mielibyśmy odrzucić drogę spełniania własnych, „nieograniczonych” pragnień? Czemu „ja” miałbym oddawać „siebie” na rzecz czegokolwiek, co nie jest „mną”? I czy autentyczna miłość nie polega na przeobrażeniu „nie-ja” w „ja”? Odpowiedź na te pytania wydaje się stosunkowo prosta. Po pierwsze – żaden człowiek nie jest całkowicie wyizolowany. Ludzie to istoty społeczne, które realizują się w społeczeństwie i rozumieją dzięki językowi. Możemy udoskonalać i rozwijać „siebie” tylko dzięki kulturze i tylko przy udziale drugiego. Warto również wskazać, że całkowite skupienie na sobie jest niezwykle krótkowzroczne oraz drastycznie ogranicza możliwość poznania (rozumienia) samego siebie. Skoro bowiem uznam, że „ja” mam stanowić miarę i cel wszelkiej „mojej” rzeczy, to nie tylko zamykam siebie na relację z drugim, ale – paradoksalnie – ograniczam swoje własne postrzeganie (wszystko jest już wyjaśnione, bo wszystko jest „we mnie”), a tym samym zamykam się na możliwość dalszego rozwoju (czyli rozwoju „ja”). Tak silna próba odrzucenia wszystkiego „poza mną” na rzecz własnej, nieskrępowanej przyjemności towarzyszy często przekonaniu, że normy społeczne, prawa moralne, drugi – stanowią swoiste przeszkody na drodze do „wypełnienia ja”, a zatem, że odbierają (naruszają) „moją” wolność. Nie ma jednak innej drogi „wypełnienia” tudzież „spełnienia” siebie jak poprzez i na rzecz innych. Kultura, język, inni ludzie – są czynnikami dynamizującymi i wspomagającymi nas zarówno w rozwoju, jak i w poszukiwaniu odpowiedzi na pytanie o sens. Niezwykłość drugiego jest dlatego tak cenna, że wykracza on poza mnie – że jest nie „mną”, lecz „drugim”. Należałoby również wskazać, że całkowite postawienie na „ja”, często wiąże się z wywyższeniem absolutnej i nieskrępowanej wolności. Jednak nie można mówić o wolności, pomijając kwestię odpowiedzialności, tylko dzięki której „wolność” nie staje się „dowolnością”. Odpowiedzialność zaś zawsze będzie odpowiedzialnością za siebie względem nie tylko siebie, ale też drugiego. Wszystkie te połączenia sprawiają, że działanie „tylko na rzecz siebie” zawsze będzie „działaniem przeciw sobie”, a postępowanie w zgodzie z ideą miłości chrześcijańskiej – wypełnianiem „siebie”.
Całkowite nastawienie na chęć zrealizowania swoich pragnień, szczególnie mocno cechuje postawę odwetową. Problem zemsty towarzyszy człowiekowi od samych jego początków, będąc obecnym w najróżniejszych kręgach kulturowych i na przestrzeni tysiącleci spowodował wiele szkód. Jego powszechność wynika z silnych, ludzkich emocji, które budzą się w człowieku, gdy ten doświadczy niesprawiedliwości, chociażby odebrania własności, wolności, życia lub zdrowia bliskiej sobie osoby. Należy wyraźnie wskazać, że zemsta jest działaniem alogicznym. O ile osoba „mszcząca się” uznaje siebie za posłannika „sprawiedliwości”, a swoje czyny za sposób na przywrócenie porządku w „ładzie utraconym”, o tyle nie mamy do czynienia ze sprawiedliwością, lecz zawiścią wypaczającą postrzeganie świata, innych, jak i własnych motywacji. To działanie, które nie tylko nie przywraca „ładu” i nie tylko nie może wypełnić wewnętrznej pustki mściciela, ale prowadzi do jeszcze większego rozprzestrzenienia się zawiści. Zemsta żywi się zemstą innych, a każde zło wzmacnia oraz potęguje inne zło. To ciąg katastrofalny, wyniszczający społeczność i osoby. Dzieje się tak dlatego, że nasze postępowanie – nawet myślenie – nie ma miejsca „w próżni”, lecz realnie wpływa na mnie oraz na drugiego. Ci, którzy mimo wszystko podążają ścieżką zemsty, stają się swoim własnym, największym wrogiem, zaprzepaszczając „siebie” w pogoni za ułudą. Myśl Marka Aureliusza ostrzega przed taką postawą. Działanie mściwe wobec innych prowadzi bowiem do utraty człowieczeństwa. To droga utracenia rozpoznania oraz szerszej perspektywy.
Styczność z drugim człowiekiem nie jest rzeczą łatwą. Jako osoby osadzone i wypełniające siebie dzięki językowi, zmuszeni jesteśmy do nieustannej pracy, nieustannego stawiania pytań oraz poszukiwania odpowiedzi. Nasz proces poznawczy nie jest doskonały, lecz ściśle związany z interpretacją, dzięki której staramy się dotrzeć do sensu. O ile nie jest pewnym czy dojście doń jest możliwe (to kwestia wiary), o tyle proces ten niezaprzeczalnie wymaga dużej pracy oraz osobistego zaangażowania. To droga nauki o tym „kim jestem ja” oraz „kim jest drugi”. Odpowiedzi na te problemy nie są rzeczą przynależną do świata papierów, meandrów abstrakcyjnych teorii ani słownikowych definicji. To odpowiedzi przekładające się autentycznie na nasze życie, jak i na życie drugiego człowieka. To wybór, którego musi dokonać (i dokonuje) każdy. Wybór, który może doprowadzić człowieka do czegoś znacznie więcej, niźli do tylko i wyłącznie „siebie”.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

e-mail: prawdadobropiekno@gmail.com