Jan Królewski, T: „Dyptyk Pierwszy – Grażyna Bacewicz i Andrzej Wróblewski”

Przyznam, że z pewnym niepokojem obserwuję wydarzenia, które rozgrywają się w kilku „czołowych” państwach świata zachodniego. Rozbuchane akty wandalizmu, eskalacja bezmyślnego, ulicznego barbarzyństwa, realizującego się w burzeniu „niepoprawnych” pomników, wyznaczaniu „wolnych” sfer, bądź w nawoływaniu do zbrojnego anarchizmu – to wszystko zdumiewa i kieruje ku niepokojącym wnioskom o kondycji zachodniej kultury. Co stanowi przyczynę tych radykalnych, destrukcyjnych działań? Skąd tak potężna wrogość wobec pamięci, historii oraz dotychczasowych osiągnięć narodu? Wydaje się, że odpowiedź jest stosunkowo prosta. Powodem jest niezrozumienie. Nasza tożsamość oparta jest bowiem w kulturze, w której wzrastamy, i poprzez którą rozumiemy. Im bardziej zaś rozumiemy kulturę, tym bardziej rozumiemy siebie, drugiego, zasady, prawa, organizację życia społecznego. Utrata „kontaktu” z kulturą buduje w nas zagubienie, poczucie obcości, wyizolowania, zobojętnienia, całą paletę negatywnych emocji, które mogą być następnie wykorzystane przez innych w grze politycznej, kulturowej, ekonomicznej. Dlatego też warto jest zgłębiać oraz pielęgnować kulturę. Tylko w kulturze możemy się bowiem rozwijać.

W moim krótkim cyklu – poświęconym wybranym, polskim twórcom – chciałbym dokonać zestawienia twórców muzyki i malarstwa. Zestawienie tych dziedzin uzasadniam dwojako. Po pierwsze – sztuka ma naturę bardzo dynamiczną i jest możliwa do odczytania tylko dzięki intertekstualności, a zatem zjawisku między-tekstowych połączeń i korespondencji, która zachodzi także między dziełami, przynależącymi do odmiennych dziedzin artystycznych. Istnieje niemała ilość kompozycji muzycznych poświęconych konkretnym obrazom, chociażby „Wyspa umarłych” Siergieja Rachmaninowa („Wyspa umarłych” Arnolda Böcklina), „La Primavera” Ottorino Respighiego („Wiosna” Sandro Botticellego), balet „Job: A Masque for Dancing” Ralpha Vaughana Williamsa (grafiki Williama Blake’a), „VI symfonia” Einojuhani Rautavaary („Gwieździsta Noc” Van Gogha) czy „La mer” Claude Debussy („Wielka fala” Hokusai Katsushika). Podobnie wielu malarzy podejmowało się analizy związków łączących malarstwo i muzykę, chociażby Eugène Delacroix, Stanisław Ignacy Witkiewicz czy Wassily Kandinsky

Drugi powód jest znacznie bardziej osobisty i wynika z mego doświadczenia. Pomimo bowiem niezwykłego bogactwa rodzimych twórców, którzy zdecydowanie warci są znacznie większej uwagi i uznania – wielu wciąż pozostaje nieobecnych w powszechnej świadomości naszego narodu. Cykl mój będzie zatem ukłonem w stronę wybitnych postaci polskiej sztuki, co chciałbym szczególnie podkreślić, podejmując się nie tylko skromnego omówienia samych twórców, ale również interpretacji ich wybranych dzieł. Jestem bowiem głęboko przekonany, że to właśnie interpretacja, a zatem zaangażowany kontakt z dziełem – najpełniej wyraża szacunek zarówno wobec dzieła, jak i osoby autora, będąc istotniejszym, niźli chłodne podsumowanie biograficznych faktów. Pierwszy Dyptyk chciałbym poświęcić postaci Grażyny Bacewicz oraz Andrzeja Wróblewskiego.

Grażyna Bacewicz należy do grona polskich twórców, których z pewnością nie można określić jako „zapomnianych”. Jej osobie zostało wszak poświęconych wiele projektów, konkursów, publikacji naukowych, a każdego roku jej utwory grane są nie tylko w całej Polsce, ale również poza granicami naszego kontynentu. Zaskakującym jest, że pomimo tak rozległego wpływu Grażyny Bacewicz oraz tak wielu starań osób propagujących jej muzykę – łódzka kompozytorka wciąż zdaje się być nieobecna w powszechnej świadomości naszego kraju. Trudno dokładnie wyjaśnić powód tej niewiedzy. Wydaje się, że można się go częściowo dopatrywać w problemach edukacji muzycznej w Polsce, na której kryzys wskazywał chociażby Andrzej Białkowski1 . O ile kryzys ten jest zjawiskiem nader niepokojącym i wywołanym przez liczne czynniki (m.in. globalizacja, postęp technologiczny, zmiany w sferze dystrybucji i odbioru muzyki; brak wystarczającej liczby specjalistów w szkołach, ograniczona liczba godzin muzyki), o tyle nie należy ograniczać się wyłącznie do jego chłodnej analizy, lecz wytrwale kontynuować starania przybliżenia polskiej publiczności dzieł oraz postaci naszych narodowych twórców.

Kim była Grażyna Bacewicz? Co charakteryzowało jej twórczość? Polską skrzypaczkę, pianistkę i kompozytorkę cechowała przede wszystkim niezwykła aktywność oraz pracowitość, co doskonale ujawnia się w jej życiorysie, jak i w ogromnym dorobku artystycznym. Sama kompozytorka była świadoma swego talentu oraz łatwości pracy, pisząc: „natura darząc mnie łaskawie zdolnościami kompozytorskimi, wyposażyła dodatkowo w coś, co pozwala na kultywowanie tych zdolności. Posiadam mianowicie maleńki, niewidoczny motorek, dzięki któremu w dziesięć minut robię to, co inni w godzinę”2 . O ile Grażyna Bacewicz już od dzieciństwa wykazywała predyspozycje muzyczne (urodziła się w polsko-litewskiej rodzinie z tradycjami muzycznymi), o tyle jej widoczna ewolucja jej stylu, nie była wynikiem wyłącznie wrodzonych zdolności, co także ciężkiej, wieloletniej pracy. Edukację muzyczną rozpoczęła w łódzkim Konserwatorium Muzycznym H. Kijeńskiej Dobkiewiczowej, a od 1924 studiowała w Konserwatorium Warszawskim pod kierunkiem Józefa Jarzębskiego (skrzypce), Józefa Turczyńskiego (fortepian) oraz Kazimierza Sikorskiego (kompozycja). W tym czasie (przełom lat 20 i 30) zaczęły się zaznaczać pierwsze, indywidualne cechy (mikroelementy), a w kompozytorskich próbach objawiał się delikatny wpływ estetyki późnoromantycznej3 .

Dalsza nauka – którą kontynuowała w Paryżu, pod okiem Nadii Boulanger, André Tourreta oraz Carla Flescha – przyniosła efekty zarówno w sferze zawodowej, jak i w samym podejściu do twórczości. Okres lat 30 w twórczości Grażyny Bacewicz bywa niekiedy określany mianem „neoklasycznego” i rozwija się aż do lat 50. „Neoklasyczność”4 tą uzasadnia się poprzez wskazanie m.in. na kult „rzemiosła” i „klarownej formy”, „powściągliwość emocji”, „skłonność do eksponowania ruchu oraz rytmu”5 . Warto jednak wskazać, że sama Grażyna Bacewicz raczej niechętnie wyrażała się o tym określeniu, preferując uznanie „fazy neoklasycznej” jako „atonalnej”6 .

W okresie powojennym dochodzi do stabilizacji stylu Grażyny Bacewicz, który staje się wyprofilowany i spójny. Maryla Renat pisała o tej fazie: „cechy stałe obejmują wówczas cały obszar warsztatu twórczego: zagadnienia formy, faktury i poszczególnych środków technicznych; stanowią kompleks współdziałających elementów.”7 Warto wskazać, że w latach 50 Grażyna Bacewicz niemal całkowicie poświęciła się komponowaniu. Poszukiwania te bez wątpienia można traktować jako świadomy rezultat jej wieloletniej praktyki, nauki oraz doświadczenia koncertowego (była niezwykle uznaną i rozchwytywaną solistką), które to poszukiwania kierują artystkę w stronę sonoryzmu i zaowocowały dziełami takimi jak: Pensieri notturni (1961), Koncert na wielką orkiestrę symfoniczną (1962), Kwartet na 4 wiolonczele (1964), Koncert skrzypcowy (1965), Kwintet fortepianowy (1965), VII Kwartet smyczkowy (1965), Musica sinfonica in tre movimenti (1965), Divertimento na orkiestrę smyczkową ( 1965), Contradizione na orkiestrę kameralną (1966), In una parte (1967), Koncert na altówkę i orkiestrę ( 1968), 4 Kaprysy na skrzypce solo (1968), a także balet „Pożądanie” (1968)8 .

W tym miejscu chciałbym przytrzymać się przy jednym z utworów i dokonać osobistego wgłębienia się w jego zawartość. Nie mówię tu oczywiście o podjęciu się muzycznej analizy zawartych środków, opartej na wypracowanym, muzykologicznym słownictwie. Jeżeli ktoś poszukuje jednak specjalistycznych opisów, ten bez problemu powinien je znaleźć9 . W moim przypadku pragnąłem jednak dokonać interpretacji wybranego utworu. Będzie to próba ściśle literacka, bazująca na moich odczuciach, a zatem może być zupełnie odmienna od wrażeń, które odniósłby czytelnik po odsłuchaniu tego samego utworu. Jak pisał jednak Jerzy Wiśniewski: „w literaturze nie zostały wypracowane konwencje służące prezentowaniu muzyki, stąd każdy utwór, w którym podejmowane są próby jej ukazania, pozostaje niepowtarzalną realizacją oryginalnego, autorskiego zamysłu”10. W podobnym tonie wypowiadał się Michał Głowiński, wskazując, że : „opowiadanie o muzyce jest w literaturze opowiadaniem o słuchaniu, o procesach słuchowego postrzegania, o tym, co odbierana kompozycja w słuchaczu wyzwala”11. Z tą świadomością, chciałbym dokonać wejrzenia w bogactwo sonorystycznego utworu Grażyny Bacewicz, który szczególnie zwrócił moją uwagę – mianowicie VII kwartetu smyczkowego. Interpretacji tej nie nadaję tytułu:

* * * *

Napięcie, chwila zawieszenia, które wyrywa mnie z mej stałości, z próby pozostania w miejscu. Niewidzialne linki chwytają mocno za ręce i wprowadzają na scenę w miejsce absolutnie nieoczywiste, nieznane, niejasne – w ujmującą, podskórną wątpliwość… Pauza… Pauza umysłu i moment dla serca. A jednak wiem… Ja wiem… Coś się dzieje. Bezsprzecznie. Coś niepokojącego. W nicości zarysowuje się jakaś tajemna intryga, jakby cień nieoczywistej groźby. Groźba ta pozostaje jeszcze w ukryciu… Przysłaniają ją skokliwe dźwięki zabawy, cały plamisty koloryt, który nie jest bynajmniej jaskrawy, lecz pełen rozmycia i płynnego światła. Coś zdaje się krążyć i wymykać oczom. To zagrożenie… Niebezpieczeństwo, które się jednak bawi… Bawi się… Ja jestem przedmiotem tej niezrozumiałej zabawy, tego złodziejskiego aresztowania-przytyku. Okrąża mnie rozedrgana wielość cząstek i coś się szykuje, coś knuje, coś nadchodzi z malowanym uśmiechem, którego nie potrafię wprawdzie dostrzec, ale który wyczuwam, i który się do mnie kieruje… Trudno uchwycić ten żarliwy zestaw zębów, bo choć tak dogłębnie, tak chirurgicznie wrzyna się w moje ciało, pozostaje całkowicie niewidzialny, skryty za pędem tudzież ucieczką świata gnających ludzi. Tych ludzi jest mnóstwo, całe masy, narody. Ich nogi rozbijają przestrzeń, buty rozcierają dworcowe chodniki, a przyświeca im zegar i jego wskazówki, i mkną dalej w swoich samochodach niczym mechaniczne świetliki, rozświetlając reflektorami gęste powietrze poranka. Ten pęd jest hipnotyzujący. Udziela mi się i pragnie mnie porwać, pchnąć w dalszą niepewność i w ciszę… A jeszcze… On jeszcze się śmieje…

Tło zostało zarysowane, ale nagle wydaje się ono już zupełnie odległe, zapomniane, minione, jakbym je zupełnie zatracił… Z panującej ciszy wyłaniają się oczy, wygładzone kontury nieznanych mi twarzy. Dawny, zaokienny pęd przeminął. Został zakuty w niewidzialne kajdany i rzucony na pastwę powolności, pastwę nabrzmiałych słów, słówek, wyrazów, rozciągającego się oczekiwania i strachu… Nie jest to oczekiwanie spokojnego serca… To narastająca obawa. To lęk. Nad moim światem zawładnęła bowiem groźba, przywdziewając szaty ciemne i umykające. Słychać jej kroki… Odgłosy obcasów… Ona krąży, nabiera sił i nieuchronnie zbliża do mojego pokoju. Suknię ma czarną, aktorską i mocną, a dłonie skryte w skórzanych rękawiczkach. Dłonie te są zdecydowane i suną coraz szybciej po powierzchni szorstkiej ściany, zmierzając w stronę moich drzwi, które jako jedyne jaśnieją w ciemności… Czy Ona wejdzie? Czy naciśnie klamkę? Jeszcze nie… Jeszcze nie nadszedł ten czas… To tylko zapowiedź. Początek. Ona odchodzi, a zobojętniały deszcz obija się o szyby. Sąd nie nadejdzie w sposób tak oczywisty. Trwa jeszcze czas poszukiwań. Jestem poszukiwany. Przez kogo? Kto mnie szuka? Kto obserwuje? Kto się mną zainteresował? Nie wiem, ale słyszę ich mrugnięcia, ich języki, ich subtelne obgryzanie paznokci. Całym ciałem czuję wręcz ich obecność, ich analityczny wzrok znad kubków letniej kawy… Mój los wymyka się mi… Ale… Ta chwila szarości jest miła, ale Ona wciąż kroczy, wciąż krąży wokół mego domu i nagle zjawia się, zrywa brutalnie zasłonę ciszy, otwiera donośnie drzwi i staje przede mną jako wcielenie groźby, jako pisanie, jako piękna, nienazwana kobieta…

Lecz dla niej to tylko drobna, niewinna igraszka. Oszem – jej język z łatwością przebija duchotę i zalegający mrok, ale uzbrojony jest we władczą ironię i pragnienie śmiałego absurdu. Moja szarość jej nie odpowiada. Pragnie czegoś więcej, czegoś mocniejszego, otwiera więc okna i krąży… Krąży po pokoju. Krąży wokół mnie. Badawczo spogląda mi na wargi, na palce, na włosy, na nos i do ucha. Przekrzywia głowę. Głęboko myśli. Macha palcem oraz marszczy brwi… I nagle odskakuje ode mnie i skacze, skacze na swoich paluszkach niczym ciekawska, przeurocza baletnica. To jednak taniec śmierci. Taniec zupełnej przemiany. Jej krok oto bowiem porzucił początkową żartobliwość, stał się wyrachowany, wojskowy i mocny, aż wreszcie usiadła na krześle. Zalega cisza i trwamy w tej nieuchwytnej, bezsłownej melodii. Ona siedzi. Obserwuje mnie i moje mieszkanie. Patrzy na sufit, na ściany, podłogę… Kręci głową. Kręci… Ja nie rozumiem. Ja stoję i czekam. Ona nadal patrzy, nadal liczy. Ja czekam… Nagle zauważyła me oczekiwanie. Unosi szybko dłoń i postanawia coś zrobić. Zakrada się ku mnie niczym kotka, z typowo kocią, przesubtelną obojętnością, jakby już mnie nie widziała i postanowiła opuścić, ale nagle skocze, zerwa się i biegnie dookoła mnie w uroczych podskokach. Podbiega, podbiega… I zwalnia. Rozciąga się. Wzdycha… Spogląda i znów biegnie, prędziutko i skocznie, i okręca się wokół mnie, aż staje tuż obok, by powoli, powolutku nachylać się do mego ucha… Jej usta są coraz bliżej… Jej oddech obija się o mój szorstki policzek… Czuję jej ciepło, jej satysfakcję i wargi… Wówczas… Wypowiada pytanie… Pytanie przerażające… To jej wystarczyło. Szybko uśmiecha się, zakłada mój kapelusz, kłania się i znika. Zostaję sam. Promienie rozświetlają betonowy mrok mego losu. Słyszę cichy, oddalający się śmiech. Czuję powiew wiatru. Zakładam buty. Wychodzę…

* * * *

Nie tracąc chwili dłużej chciałbym natychmiast przejść do drugiej, fascynującej sylwetki polskiej sztuki, której twórczość wydaje mi się w intrygujący sposób łączyć z zinterpretowanym powyżej utworem, jak i innymi kompozycjami Grażyny Bacewicz.

Andrzej Wróblewski stanowi jedną z najbardziej intrygujących postaci polskiego malarstwa powojennego, a jego los bez wątpienia można określić jako dramatyczny. Wiążą się z nim oczywiście pewne zrozumiałe kontrowersje, wynikające z niefortunnego epizodu młodzieńczej naiwności, a dokładniej chęci poddania się socrealizmowi – pseudosztuce spod znaku Stalina. Nie zamierzam tu bynajmniej dokonywać jakiegokolwiek sądu nad młodym twórcą, który rozpaczliwie pragnąc przyczynić się do zmiany społeczeństwa, naiwnie oddał się na pastwę zbrodniczego systemu, który to system nie tylko nie ziścił jego nadziei, ale go wyniszczył i nigdy nie uznał „za swego”12. Błędne byłoby jednak przemilczanie tego niechlubnego okresu, podobnie jak ograniczanie doń całej twórczości Wróblewskiego. Wszak jego malarstwo – szczególnie posocrealistyczne – mimo upływu lat nie utraciło nic ze swej dramatycznej wymowy i do dziś zdaje się być jednym z najbardziej przejmujących przedstawień, podejmujących tematykę wojny, lęku oraz ludzkiej walki ze śmiercią.

Niezwykłe silne związanie z tematyką śmierci i wojny (cykl „Rozstrzelania”), stawianie poprzez obrazy niemych pytań, które tak silnie domagają się od widza odpowiedzi, a która nie jest prosta ani oczywista – to tylko tylko część uroków twórczości Andrzeja Wróblewskiego. Wydają się one jednak jeszcze bardziej niezwykłe, gdy przypomnimy sobie, że zmarł on bardzo młodo – w wieku niespełna 30 lat. Ten krótki czas okazał się jednak wystarczający, aby stworzył dzieła o tak wstrząsającej wymowie i pozostawił niezwykle bogaty dorobek artystyczny, obejmujący liczne szkice, rysunki, gwasze, akwarele, pisma krytyczno-artystyczne, a przede wszystkim tysiące obrazów, z których spora ilość malowana była po obu stronach płótna13. Co więcej – Andrzejowi Wróblewskiemu udało się wykształcić „swój własny” styl, który niezwykle mocno wybrzmiał na polskiej scenie artystycznej, inspirując wielu przyszłych twórców.

O jakim stylu mowa? Czym miałby być „własny styl” Andrzeja Wróblewskiego i na bazie jakich wpływów się on uformował? Rozpocznijmy od kwestii teoretycznej. Własny „język” – styl, który możemy określić jako „typowy dla autora” – uważany jest słusznie za owoc poszukiwań oraz kwintesencję pracy twórczej artysty. Nie chodzi bynajmniej o zupełną niepowtarzalność rozwiązań estetycznych (bo nie chodzi po prostu o taką niemożliwą „inność”), lecz o wykształcenie pewnej drogi estetycznej i złączenie jej z autorskim nazwiskiem, rozumianym nie tyleż jako osoba, bądź wola twórcy, co silnie oddziałujący i ważny (powszechnie rozpoznawalny) element przestrzeni intertekstualnej. Praca nad „własnym językiem”, „własnym stylem” nie jest oczywiście prosta, wymaga czasu, skupienia, cierpliwości, a także pewnego stopnia świadomości. Warto również zaznaczyć, że wykształtowanie „własnego stylu” nie jest końcem drogi, jakimś stopniem ostatecznym, po którym należałoby zerwać z działalnością artystyczną i wygasnąć. Jest to jednak stopień obecny w życiu każdego twórcy, stanowiący nierozłączną część wszelkich, artystycznych poszukiwań.

Znaczącym krokiem dla Andrzeja Wróblewskiego, wydaje się być trzymiesięczna wizyta w Holandii (1947) na zaproszenie World Student Relief14, podczas której mógł zapoznać się z działami dawnych mistrzów, jak i zbiorami sztuki nowoczesnej. Wydaje się, że należy tu podkreślić wpływ holenderskich pejzaży, sztuki nadrealizmu i konstruktywizmu, ze szczególnym uwzględnieniem Marca Chagalla oraz Pieta Modriana15. Już rok później Andrzej Wróblewski zadebiutował na I Wystawie Sztuki Nowoczesnej, rozpoczynając walkę z koloryzmem i coraz mocniej zwracając się w stronę sztuki zaangażowanej społecznie. Szukał bowiem estetyki, która mogłaby sprostać mrokom czasów. Stanowić odpowiedź na traumatyczne doświadczenia wojny. W tym czasie eksperymentował abstrakcją i z formami przestrzennymi, które to poszukiwania zaowocowały wieloma wstrząsającymi dziełami, takimi jak „Obraz na temat okropności wojennych (Ryby bez głów)” (1948) czy cykl „Rozstrzeliwań”. Wkrótce malarz powierzył jednak nadzieje w „sztuce” socrealizmu, ograniczając niejako swój potencjał brutalnymi ramami betonowego realizmu dla mas pracujących. Jak pisała Małgorzata Kitowska-Łysiak: „prace te należą do najmniej interesujących w dorobku artysty; nie przyniosły mu też ani zadowolenia, ani uznania ze strony prawodawców socrealizmu” 16. Po nieszczęśliwym „romansie” z narzuconą estetyką systemu, Andrzej Wróblewski skierował się ku ujęciom codzienności, ku figuratywnym przedstawieniom, z których intrygujących i niepokojących form (pełnych niezwykłych zabiegów barwnych), wyłaniają się owe nieme i niezwykle trudne pytania – głosy zagubionych ludzi. Z prac tego okresu warto zwrócić uwagę na takie obrazy jak: „Matki” (1955), „Pranie” (1956), „Szofer z czerwonym pejzażem” (1957) czy „Poczekalnia II” vel „Ukrzesłowienie” (1956). Ukazują one codzienność, która osacza i uprzedmiotawia człowieka, która przemienia go w bezosobowy, bezwolny przedmiot, obojętny na otaczającą rzeczywistość. Dramat człowieka zanikającego szczególnie mocno zarysował się w ostatnich pracach malarza, obejmujących serię „Człowieka Rozdartego”, czego doskonałym przykładem jest „Cień Hiroszimy” (1957).

Pragnąłbym zinterpretować dzieło, którego stanowiło część nieco wcześniejszego cyklu, mianowicie obraz: „Kolejka trwa” (1956), znajdujący się obecnie w zbiorach Muzeum Narodowego w Warszawie. Jego tematyka wydaje się bowiem szczególnie interesująca, przejmująca i wydaje się mocno łączyć z pewnym poczuciem niepewności, lęku, zapytania, w które mogą nas wprowadzić niektóre utwory Grażyny Bacewicz.

Obraz ten od początku zwraca uwagę niezwykle ciekawym zastosowaniem elementów wewnętrznych. Ta niezwykła kompozycja jest wręcz przepełniona nieustanną grą między nieoczywistymi barwami, plamą, konturem, ciemnością i światłem. O ile jednak można by bez wątpienia poświęcić całą pracę intrygującym kwestiom warsztatowo-technicznym, o tyle ja pragnąłbym zwrócić się ku znaczeniom, a zatem podjąć się próby interpretacji:

Oto widzimy ludzi w różnym wieku, którzy siedzą w pomieszczeniu w kolejce krzeseł. Kolejka ta nie ma początku ani końca – wyrywa się z ram obrazu w nieodkryty bezkres. Cała scena wydaje się zadziwiająco arealna. Wszak samo ustawienie krzeseł jest nader zastanawiające. Układ ten znacznie mocniej przywodzi bowiem na myśl środki komunikacji miejskiej, autobusy, tramwaje, pociągi, niźli mury jakiejkolwiek poczekalni. A jednak postacie znajdują się w ciężkim, betonowym pomieszczeniu, w którym nie ma śladu żadnego ruchu. Jest tylko wyraźna, brązowa strzałka… Podejmijmy ten trop. Wszystkie postacie usadowione są w określonym kierunku. Ile już czekają? Na co czekają? Nie ma zegara ani żadnych wskazówek. Nikt jednak nie wykazuje zainteresowania, znudzenia, nawet drobnych oznak typowo ludzkiego zniecierpliwienia. Tak naprawdę nie zajmują się niczym poza siedzeniem. Nie rozmawiają ze sobą i mają zamknięte oczy… Tylko małe dziecko spogląda naprzód z pewną niewinnością i niezrozumieniem. Ale ono nie posiada jeszcze krzesła…

Zwróćmy uwagę na interesujący, poziomy podział obrazu. O ile górna połowa wręcz jarzy się jaskrawymi barwami z dominacją czerwieni i różu, o tyle dolna trwa w zielonkawym, smolistym mroku z nielicznymi przebłyskami światła, do których jeszcze wrócimy. Oto wydaje się zatem, że wszyscy zostali jakby uwięzieni na krzesłach, zamknięci w miejscu, oszukani przez pozorny kierunek. Czy faktycznie do czegoś zmierzają? Czy cokolwiek na nich czeka? Może jednak to całe usadowienie jest wyłącznie pozorem. Może nawet same postacie przestały już dbać o jakąkolwiek podróż i osiadły w miejscu, żywiąc się wyłącznie ułudą celu, który nigdy nie nadejdzie. Z obrazu zdaje się wyłaniać straszliwy dramat ludzkiej obojętności i zastania w miejscu, która przejmuje całkowitą władzę nad człowiekiem.

Czym są jednak przebłyski światła? Postacie nie są wszak całkowicie osadzone w ciemności. Każda z nich choćby częściowo styka się z tym co jasne, jakby ich los nie był ostatecznie przypieczętowany. Jakby mieli jeszcze szansę na powstanie i wyjścia z nieskończonej kolejki donikąd… Czy jednak faktycznie mogą to uczynić? Czy są w stanie dostrzec tą możliwość na autentyczną zmianę, skoro mają zamknięte oczy? Czy może jednak same zadecydowały o zajęciu miejsca w tym wielopokoleniowym, imitującym autentyczną podróż i odciągającym od prawdziwej zmiany? Pytania te pozostają bez odpowiedzi. Są rozmyte niczym sens tej przygnębiającej kolejki…

* * * *

Spotkania ze sztuką są czymś znacznie więcej, niż chłodnym podsumowaniem faktów. To żywe, nasze osobiste poszukiwanie, którego mamy szansę się podjąć. Mówię o szansie, gdyż zadanie sztuki wykracza poza zwykłą dekoracyjność, a jej wpływ często może być nieoczekiwany nawet dla nas samych. Wejrzenie w głąb swoich myśli i uczuć, dostrzeżenie tego co nieoczekiwane – to tylko niektóre owoce sztuki, które mogą się przyczynić do autentycznej przemiany wewnętrznej, do dostrzeżenia nowych pytań tudzież nowych odpowiedzi. Dlatego właśnie tak mocno chciałem podkreślić wartość interpretacji. To bowiem osobiste spotkanie z dziełem, owa pogoń za sensem – nie tylko łączy dzieło z nami i wyposaża w nowe doświadczenie, ale stanowi również hołd dla pracy i geniuszu innych ludzi. Ostatecznie – wszystko nie kończy się wyłącznie „na mnie”. Jestem głęboko przekonany, że właśnie tego uczy nas sztuka.

[1] A. Białkowski, Edukacja muzyczna. Problemy, wyzwania, kierunki rozwoju, w: Raport o stanie polskiej muzyki, Warszawa 2011.

[2] Cyt za: J. Janyst, Pierwsza dama polskiej muzyki, „Tygiel kultury” 2009.

[3] M. Renat, Wybrane zagadnienia idiomu kompozytorskiego Grażyny Bacewicz, w: „Edukacja Muzyczna”, Częstochowa 2005, s. 38.

[4] W przypadku Grażyny Bacewicz mówi się o dwóch głównych fazach etapu neoklasycznego. Pierwszy etap (okres Brillant”) obejmował lata międzywojenne. Etap drugi (dojrzały neoklasycyzm) obejmował lata powojenne (od 1940/42 do ok. 1955).

[5] M. Renat, Wybrane zagadnienia idiomu kompozytorskiego Grażyny Bacewicz, w: „Edukacja Muzyczna”, Częstochowa 2005, s. 38.

[6] J. Janyst, Pierwsza dama polskiej muzyki, „Tygiel kultury” 2009.

[7] M. Renat, Wybrane zagadnienia idiomu kompozytorskiego Grażyny Bacewicz, w: „Edukacja Muzyczna”, Częstochowa 2005, s. 38.

[8] Warto wgłębić się w całość twórczości Grażyny Bacewicz. Osobiście szczególnie polecałbym zapoznać się z takimi dziełami jak: Trzecia symfonia (1952), II sonata na fortepian (1953), 10 etiud (1956) i „VII koncert skrzypcowy” (1965).

[9] Wystarczy polecić omówienia Maryli Renat, „Grażyna Bacewicz. Konteksty życia i twórczości” pod red. M. Szoki, projekt cyfrowy (bacewicz.polmic.pl), artykuły ze strony Culture.pl.

[10] J. Wiśniewski, Co poeci piszą o słuchaniu muzyki, w: „Ethos” nr 126, Lublin 2019, s. 168.

[11] Cyt za: J. Wiśniewski, Co poeci piszą o słuchaniu muzyki, w: „Ethos” nr 126, Lublin 2019, s. 168.

[12] Patrz: M. Hendrykowski, Dramat Andrzeja Wróblewskiego, w: „Images” vol. XIX, nr 28. Poznań 2016.

[13] Co może stanowić bardzo ciekawy przedmiot intertekstualnej analizy i interpretacji.

[14] M. Hendrykowski, Dramat Andrzeja Wróblewskiego, w: „Images” vol. XIX, nr 28. Poznań 2016, s. 293.

[15] Tamże.

[16] M. Kitowska-Łysiak, Andrzej Wróblewski – życie i twórczość, https://culture.pl/pl/tworca/andrzej-wroblewski , dostęp 07.06.2020.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

e-mail: prawdadobropiekno@gmail.com